|
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Nepal obchodzi właśnie hucznie Nowy Rok. I tak się właśnie uroczo złożyło, że ostatni dzień nepalskiego roku 2065 jest moim ostatnim dniem w tym kraju. Z całą pewnością mogę już teraz powiedzieć, że Nepal zmienił moją osobowość dodając do mojego sposobu patrzenia na świat całkiem nowe perspektywy i horyzonty. Wszystko to o czym mogliście przeczytać w poprzednich wpisach, a także wiele innych przygód o których nie wspomniałem, nie przydarzyłoby mi się gdyby nie dwie osoby najbliższe mojemu sercu - moja mama, która od zawsze dawała mi do zrozumienia jak ważne są podróże, oraz moja siostra, która zwiedzając świat "przetarła dla mnie szlaki", jak zresztą robiła to przez całe życie. Dziękuję Wam. Dziękuję również przyjaciołom, którzy nie zawsze rozumieli mój nagły popęd do podróży na koniec świata (sam tego do końca nie rozumiem), ale wspierali mnie w tym niecodziennym projekcie przez cały czas. Dziękuję serdecznie czytelnikom, zainteresowanie moją stroną przerosło moje oczekiwania i sprawiło, że czuję się winny ciągłęgo zaniedbywania bloga. Chyba zaczynam przynudzać.
sobota, 11 kwietnia 2009
Wypada mi przyznać, że ostatnio dosyć ostro zaniedbałem blog. Głównie z powodu ciągłych przerw w dostawach prądu w Nepalu, a być może jest to też efekt mojego znużenia życiem codziennym w Katmandu. Po kilku miesiącach przebywania w tym mieście łatwo dojść do wniosku, że nie jest to raj na ziemii. Nie znaczy to, że przez ostatnie dwa miesiące siedziałem na tyłku w Katmandu i narzekałem na rutynę codzienności. Przeciwnie, przydarzyło mi się kilka całkiem interesujących rzeczy. Wdrapałem się na wysokość 5,5 km. nad poziomem morza, zszedłem na dno najgłębszej doliny na świecie oraz skoczyłem z mostu z wysokości 160 metrów (na szczęście z solidną liną przymocowaną do moich stóp). Pod koniec lutego Sara i ja stwierdziliśmy, że mamy już dosyć Katmandu i że najwyższy czas sprawdzić o co chodzi z tymi całymi Himalajami. Wybraliśmy jeden z najdłuższych i najbardziej popularnych szlaków trekkingowych w Nepalu: 220 kilometrów dookoła dziesiątej co do wysokości góry na świecie - Annapurny. Mógłbym oczywiście spróbować opisać jak wielkie zróżnicowanie kulturowe, krajobrazowe i klimatyczne oraz jak piękne widoki oferuje ten szlak, ale... chyba ciekawiej będzie jeśli po prostu podzielę się albumem ze zdjęciami: http://picasaweb.google.com/a.beneturski/AnnapurnaCircuit
wtorek, 27 stycznia 2009
Na niektórych moich zdjęciach można zobaczyć powtarzającą się liczbę "2065"... to aktualny rok według oficjalnego nepalskiego kalendarza. Na początku myślałem sobie "no i w czym wielki problem, dodaję 56 lat do naszego gregoriańskiego i jestem w Nepalu". Jak zwykle okazało się, że rzeczywistość nepalska jest o wiele bardziej daleka od europejskiej niż można przypuszczać. Oficjalny kalendarz nepalski to Bikram Sambat. Dzieli się na dwanaście miesięcy i... to jedyne podobieństwo do kalendarza gregoriańskiego. Miesiące nepalskie nie pokrywają się z europejskimi. No i nie mogą się pokrywać, skoro Bikram Sambat jest oparty na cyklu księżyca. To już stanowi pewne przeszkody, bo tylko nieliczni miejscowi operują również w kalendarzu gregoriańskim. Jeśli Nepalczyk nie prowadzi hotelu albo agencji turystycznej, nie ma potrzeby zadawać sobie trudu i funkcjonować w dwóch kalendarzach jednocześnie. Dlatego jeśli w rozmowie z tutejszym koniecznie musimy wskazać jakąś datę, lepiej operować dniami i tygodniami ("dziesięć dni temu", "za dwa tygodnie" itp.). Nasze "30 stycznia" czy "15 sierpnia" skaże biednego Nepalczyka na żmudny proces konwersji naszych dziwnych dat do Bikram Sambat. 26 stycznia to tutaj 13 magh, dziesiąty miesiąc w nepalskim kalendarzu. To oznacza, że rok 2065 zbliża się ku końcowi, "sylwester" wypada jakoś w połowie kwietnia.
Jeszcze ciekawszy jest nepalski czas... wybiega w przyszłość o 5 godzin i 45 minut w stosunku do Greenwich, co daje nam 4 godziny i 45 minut przewagi nad czasem w Polsce. Nepal jest jedynym miejscem na Ziemii z taką strefą czasową... władze mogły bez problemu zaadoptować czas indyjski (15 minut do tyłu w stosunku do nepalskiego) ale nie zdecydowały się na to... być może po to by zaakcentować swoją niezależność od dwóch gigantów pomiędzy które to małe państewko jest wciśnięte - Chin i Indii. Oficjalnym powodem jest dostosowanie strefy czasowej do czasu wschodu i zachodu słońca po to, żeby maksymalnie wykorzystać światło słoneczne w ciągu dnia. Wszystko w ramach narodowego planu oszczędzania energii...
środa, 21 stycznia 2009
Wyjazd do Nepalu jest moją pierwszą w życiu wycieczką poza Europę. Spędziłem trochę czasu jako okazjonalny turysta w krajach naszego kontynentu i byłem przyzwyczajony do tego, że moja obecność nie wzbudza wśród miejscowych wielkiej sensacji. Przykładową Francję odwiedza rocznie 80 milionów turystów, musiałbym chyba wspiąć się nago na łuk triumfalny z kebabem w ręku żeby wyróżnić się z tego tłumu. Nepal to zupełnie inna bajka... Przeciętny turysta jest średnio dwa razy wyższy, trzy razy jaśniejszy i ze czterdzieści razy bogatszy od przeciętnego Nepalczyka. Dodać trzeba, że takich dziwolągów przybywa tu jedynie ok. 400 000 rocznie (dla porównania - Kraków odwiedza ok. 9 milionów), nietrudno zgadnąć jak wielkie zainteresowanie będzie tu wzbudzała obecność bladej twarzy. "Człowiek Zachodu" może pożegnać się z luksusem prywatności. Na ulicy, w knajpie, w autobusie obserwować będzie go z zaciekawieniem jednocześnie tuzin par oczu, interpretując każdy najdrobniejszy gest, od podrapania się za uchem po wytarcie nosa. Odwiedzający Nepal w pewien sposób sami są sobie winni... ogromna większość woli zostać w swoich turystycznych enklawach i nie mieszać się do życia codziennego miejscowych. Turyści podróżują między atrakcjami taksówkami, robią setki zdjęć świątyniom i mnichom buddyjskim, potem jedzą Daal Bhat w najdroższych knajpach w Thamel i po dwóch-trzech tygodniach wyjeżdżają zadowoleni ze swojego kontaktu z miejscową kulturą. Stosunkowo tylko nieliczni decydują się na spacery poza Thamel czy podróż komunikacją miejską, a tylko najodważniejsi porywają się na wycieczki poza Katmandu. Nepalczycy przypatrują się więc jasnoskórym przybyszom z dalekiego świata z zaciekawieniem, podziwem i na pewno zazdrością. Nawet przeciętnie zarabiającego Europejczyka stać na długi pobyt w hotelu i całodniowe stołowanie się w najdroższych knajpach. Mężczyzna z zachodu często ma też u boku kobietę którą może publicznie trzymać za rękę i wcale nie musi się z nią żenić, a do tego jest wiecznie uśmiechnięty i zrelaksowany (w końcu jest na wakacjach). Swoją drogą, szkoda że Nepalczyk nie będzie miał nigdy okazji posłuchać super zrelaksowanego warszawskiego kierowcy stojącego w korku na Jerozolimskich albo dziada próbującego załatwić sprawę na poczcie. Pewnie prysnąłby mit wiecznie uśmiechniętych ludzi zachodu. Nic dziwnego, że obcokrajowiec jest w Nepalu gwiazdą. Gdy szkoła w której uczyłem angielskiego organizowała duży turniej koszykówki, zostaliśmy z Sarą zaproszeni jako goście specjalni i posadzono nas w loży honorowej obok największych szyszek w mieście. Zaproponowano nam też wręczanie nagród i wygłoszenie jakiegoś przemówienia na zakończenie imprezy ale moje zażenowanie i tak już sięgało zenitu więc najgrzeczniej na świecie na odmówiłem.
sobota, 17 stycznia 2009
Wszystkich zainteresowanych przepraszam za opieprzanie się i niedodawanie notek ostatnimi czasy. Okazało się, że ciężko jest złapać wenę i pisać o Nepalu nie "czując" tego kraju na co dzień. Wczoraj po kolejnych dwóch dniach spędzonych na lotniskach i w samolotach wylądowałem w Katmandu. Okazuje się, że lotnisko w Katmandu, wzorem Delhi, wprowadziło monopol na dowóz turystów taksówką z lotniska, rzekomo celem ochrony przybyszów z zachodu przed zawyżonymi taryfami... W przypadku Katmandu jednak cena taksówek "lotniskowych" jest bandycko zawyżona. Pokręciłem się więc trochę po parkingu i okazało się, że nietrudno znaleźć jakiegoś niezależnego taksiarza gotowego przewieźć mnie za moją bandycko zaniżoną cenę. Policjant pilnujący wyjazdu z lotniska ucieszył się na widok banknotu 50 rupii i tym sposobem monopol gładko udało się obejść.
Zapraszam do regularnego odwiedzania bloga, notki postaram się umieszczać 2-3 razy w tygodniu ale... Nepal zaczyna mieć poważne problemy z dostawami energii, prądu nie ma ostatnio nawet do 16 godzin dziennie, więc nie jestem w stanie przewidzieć czy będę miał dostęp do internetu wtedy gdy akurat sobie tego zażyczę.
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Dzień w Nepalu zaczyna się dosyć wcześnie. Najpóźniej o wschodzie słońca miejscowi są już na nogach. Korzystają z porannej toalety i kąpią się w zimnej wodzie - ciepłą wodę w zamożniejszych domostwach zapewniają często baterie słoneczne umieszczone na dachu, ale wcześnie rano z braku promieni słonecznych gorącej wody nie ma nawet u prezydenta. Jeżeli nepalski dom nie ma bieżącej wody, Nepalczycy myją się w publicznych fontannach umieszczonych wzdłuż dróg. To ciekawe, bo Nepalczycy są co do zasady bardzo negatywnie nastawieni do eksponowania ciała publicznie - koszulki bez rękawów czy krótkie spodenki postrzegane są jako zachodnia ekstrawagancja. Nie przeszkadza to jednak Nepalczykom i Nepalkom rozbierać się niemal do negliżu w publicznych fontannach. Po kąpieli czas na śniadanie - kubek gorącej nepalskiej herbaty i talerz Daal Bhat (ryż z soczewicą). Potem czas wyjść do pracy, do której Nepalczycy nie mają zazwyczaj daleko. Najbardziej popularne jest rozkręcenie małego biznesu na parterze własnego domu - spożywczy, warzywniak, kwiaciarnia, drogeria, w których zatrudnienie znajdzie rodzina. Fakt, że w biznes zaangażowana jest cała rodzina sprawia, że często spotkamy sklepiki o dosyć dużym polu oferowanych usług... kojarzycie reklamę BGŻ w której facet chce kupić owoce, litr oleju silnikowego i lampkę na biurko w jednym miejscu? W Nepalu to nic dziwnego. Skoro jeden brat jest fryzjerem, a drugi specjalizuje się w wulkanizacji, czemu nie mieliby otworzyć miejsca w którym można dać oponę do zaklejenia a w międzyczasie obciąć włosy. Ten kraj obfituje również we wszelkie inne ciekawe kombinacje - u elektronika kupimy świeżą sałatę, w pralni wynajmiemy motor, w warsztacie samochodowym kupimy damskie obuwie itp. Około 7 rano większość sklepików jest już otwartych. Na początku dnia kiedy ruch jest największy w prowadzeniu sklepu pomagają też dzieciaki - do szkoły idą dopiero na 10. Gdy piszę o czasie w Nepalu - np. o sklepach otwartych o 7 czy o tym, że dzieciaki idą do szkoły na 10, mam na myśli tylko orientacyjne godziny. Czas w Nepalu nie ma większego znaczenia i równie dobrze możemy wyrzucić zegarek zaraz po wylądowaniu na lotnisku. Jeśli kiedykolwiek zadasz Nepalczykowi pytanie które będzie miało związek z upływającym czasem - np. "za ile się spotkamy? o której zaczynają się zajęcia?" - odpowiedź traktuj z dużym przymrużeniem oka. Młodzi Nepalczycy którzy mają kontakt z ludźmi z Europy czy USA i którzy wiedzą, że ludzie zachodu mają niezrozumiałego bzika na punkcie punktualności, żeby uniknąć nieporozumień mówią często: "spotkamy się za trzy godziny Nepali time", "wyjeżdżamy jutro o siódmej Nepali time". "Nepali time" oznacza, że należy uwzględnić margines +/- dwie godziny. Dzień Nepalczyka nie obfituje w przygody, a sam Nepalczyk nie robi wiele żeby uciec od monotonii codzienności. Najchętniej rozsiada się wygodnie na ganku przed domem/sklepem i, ucinając okazjonalne pogawędki z sąsiadami, kontempluje otaczającą go rzeczywistość. Przeciętny Nepalczyk w ciągu przeciętnego dnia nie oddala się od domu/miejsca pracy na odległość większą niż 50-100 metrów. Po co, skoro wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy może kupić u sąsiada za rogiem. Wizyta w innej dzielnicy to dla miejscowego wycieczka, a wyjazd do innego miasta to niemal podróż. W Nepalu nie ma też zwyczaju odwiedzania znajomych. Wszyscy znajomi Nepalczyka to mieszkańcy sąsiednich domostw i właściciele okolicznych sklepików. Nepalczyk zdąży spędzić i przegadać z nimi cały dzień, nie widzi więc potrzeby zapraszania ich na kolację czy chociażby zwykłego odwiedzania się nawzajem. Trzeba wziąć to pod uwagę gdy gościmy w domu Nepalczyka - nawet jeśli dla nas będzie to nic więcej niż zwykłe zaproszenie na herbatkę, dla miejscowych będzie to zapewne wydarzenie i należy dać im do zrozumienia, że jest to dla nas zaszczyt. Po pracy, około godziny 19, Nepalczyk je kolację (Daal Bhat, a jakże) z rodziną. Najczęściej przy świecach, bo nawet jeśli dom jest zaopatrzony w elektryczność, to wieczorem rząd zwykle odcina dostawy prądu na 2-3 godziny w ramach narodowego oszczędzania energii. Po kolacji miejscowi nie mają już wiele do roboty - jeśli akurat jest prąd, to oglądają telewizję (opanowaną przez filmy i teledyski z Bollywood). Telewizor nie jest w Nepalu dobrem luksusowym, co ciekawe w ubogich domach można częściej spotkać tv niż np. lodówkę. Około 9-10 wieczorem Nepalczycy są już w łóżkach. Nie rozumieją dziwnego zachodniego zwyczaju pozostawania poza domem i szlajania się po knajpach gdy jest pora snu. Po co mają wyjść do baru i zamówić herbatę, skoro mają ją dziesięć razy taniej w domu. Po co mają spotykać się z przyjaciółmi w nocy, skoro i tak widują się w ciągu dnia. Po godzinie 10 Nepalczyk ma prawo czuć się niepewnie poza domem - na ulicach roi się od policji legitymującej każdego kto nie jest zachodnim turystą i sprawdzającej każdy pojazd który nie jest taksówką wiozącą zachodniego turystę. Nepalska policja jest bardzo uczulona na punkcie poszukiwań kontrrewolucjonistów, przeciwników obecnego rządu maoistowskiego. Styl życia w Nepalu sprawia, że bardzo łatwo można wyrobić znajomości wśród miejscowych. Wystarczy, że codziennie będziemy kupować wodę w tym samym sklepie, będziemy przechodzić przez to samo skrzyżowanie i tę samą ulicę. Fakt, że każdego kolejnego dnia będziemy spotykać tych samych ludzi w tych samych sytuacjach sprawi, że nasza codzienność zmiesza się z ich codziennością i już po niecałym tygodniu zostaniemy uznani za miejscowych. Jeśli spodoba się nam natomiast jakaś knajpa, możemy być pewni że już przy drugiej wizycie będziemy traktowani jak regularni klienci.
piątek, 19 grudnia 2008
Dziękuję wszystkim zainteresowanym za troskę: nie zginąłem w żadnym wypadku autobusowym ani w ataku terrorystycznym. Wręcz przeciwnie, żyję i mam się całkiem dobrze. Nie aktualizowałem ostatnio blogu bo większość ostatniego tygodnia spędziłem w autobusach, samolotach i sypiając na lotniskach. Na miesiąc robię sobie przerwę od Nepalu. Nie oznacza to jednak, że będę zaniedbywał blog. Zapraszam już jutro na nowy wpis - będzie sporo o nepalskiej mentalności i życiu na co dzień w Katmandu.
poniedziałek, 08 grudnia 2008
W ramach odpoczynku od moich wypocin chciałbym dziś polecić kilka innych stron ukierunkowanych tematycznie na podróże. Jeśli spodobało wam się u mnie na stronie, na pewno nie pożałujecie jeśli zajrzycie również tu: http://anulka26.blox.pl/html- blog mojej siostry z jej stypendialnego pobytu w Gironie (Katalonia) w zeszłym roku. Bardzo ciekawy opis miasta i regionu, zwłaszcza jeśli ktoś chce się dowiedzieć czemu "Katalonia to nie Hiszpania". Gratka dla miłośników kulinariów - są tam przepisy chyba na każdą potrawę jaką Hiszpanie kiedykolwiek wymyślili. http://japoniacodzienna.blox.pl/html - blog kobiety, która mieszka w Japonii już od kilku lat. Pewnie z tego powodu autorka koncentruje się raczej na życiu codziennym w Japonii pomijając opis szoku kulturowego, który pewnie już dawno ma za sobą. Blog nie traci jednak na tym nic ze swojej atrakcyjności, a wręcz przeciwnie - pozwala to autorce na opisywanie codziennej rzeczywistości z większym dystansem. http://grzegorz.glowaty.net/ - strona starego znajomego który raczej woli robić i zamieszczać zdjęcia niż opisywać swoje przeżycia z podróży. Gdy obejrzycie fotografie uwierzycie, że to wystarczy. Warto poświęcić chociaż 5 minut, ale od niektórych fotek (zwłaszcza z Tajlandii) ja nie mogłem oderwać wzroku przez całe godziny. Weekend spędziliśmy z Sarą ponownie w Nagarkot. Po raz drugi próbowaliśmy zachwycić się słońcem budzącym się nad Himalajami i po raz drugi nie zobaczyliśmy nic oprócz mgły gęstej jak włosy Palikota. Co nie znaczy, że wycieczka była całkowicie bezproduktywna - do nowonabytych doświadczeń zaliczę dwudziestokilometrową podróż przez kręte górskie serpentyny na dachu wypchanego po brzegi nepalskiego autobusu. Blox.pl nie pozwala na umieszczanie zbyt wielkich fotek, jestem też ograniczony jeśli chodzi o ich ilość. Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć w oryginalnych rozmiarach - zapraszam na mojego facebooka gdzie jestem w trakcie tworzenia albumów z Nepalu.
piątek, 05 grudnia 2008
Na wstępie: panowie, nie uciekajcie. Wiem, że tytuł brzmi obrzydliwie i sam nie przypuszczałem, że kiedykolwiek napiszę cokolwiek o robieniu zakupów, ale postaram się, żeby było ciekawie. Trzeba zacząć od stwierdzenia tego co oczywiste, czyli że jest zupełnie inaczej niż w Polsce. U nas na rynku pierwotnym mamy do czynienia w ogromnej większości ze z góry ustalonymi cenami - nie mamy raczej dużej swobody w negocjowaniu ceny np. nowych dżinsów czy koszuli, a targujemy się jedynie na rynku wtórnym. Zakupy w Nepalu, tak jak i pewnie w większości innych krajów wschodu, bazują na "dogadywaniu się" o cenę, a tak zwana fixed price (cena ustalona, bez możliwości negocjacji) prawie nie występuje. Nawet jeżeli sprzedawca powie, że ma sztywną cenę, wystarczy powiedzieć "bye" i ruszyć w kierunku drzwi żeby nagle okazało się, że jednak można się dogadać. W większości przypadków targowanie się w sklepach nie jest bardzo skomplikowane. Sprzedawca rzuca swoją cenę, ja podaję swoją, pięciokrotnie niższą i nie dogadujemy się. Jest też jednak sporo sklepów, zwłaszcza w turystycznym Thamel, w których targowanie się to prawdziwy proces. Jeśli sprzedawca wyczuje, że naprawdę jestem zainteresowany jakimś towarem, zamyka drzwi i nie wpuszcza już nikogo innego do środka. Zaprasza do stolika żeby przy filiżance nepalskiej herbaty z mlekiem omówić szczegóły transakcji (której maksymalna wartość nie przekracza zwykle 10-15 dolarów). Zaczyna się od typowej gadki szmatki o tym jak długo jestem w Nepalu, gdzie byłem i co widziałem, żeby potem nasz partner handlowy mógł błyskotliwym przejdźmy do rzeczy skupić moją cenną uwagę na przedmiocie negocjacji. Najpierw opisuje mi historię przedmiotu, kto i kiedy go wykonał i z jakich materiałów. Potem przechodzimy do negocjacji właściwych, czyli rozmowy o cenie. Najpierw on podaje cenę a ja głośno się śmieję i mówię, że to nierealne, po czym ja rzucam swoją propozycję którą z kolei on wyśmiewa. Czasem robi się dramatycznie, sprzedawca przeklina los i mówi, że moje ceny to rabunek w biały dzień i że ma rodzinę do wykarmienia, a jak kupię od niego szalik za 3 a nie za 5 dolarów to wylądują na bruku. Najczęściej handlowiec wyjmuje też kalkulator i zaczyna liczyć dla mnie: cena materiałów + cena robocizny + jego skromny zarobek. W międzyczasie proponuje kolejną herbatę i opowiada, że jego towar jest najlepszy w okolicy i nie znajdę niczego podobnego za niższą cenę. Całe te negocjacje z herbatą i gadaniem o dupie maryny to oczywiście bardzo miła sprawa, ale mnie osobiście brakuje do tego cierpliwości. Dziewczyny potrafią spędzić w sklepie z bębnami pół dnia i wypić biednemu handlarzowi cały zapas herbaty zanim zdecydują się cokolwiek kupić. Ja przechodzę od razu do najskuteczniejszej metody: rzucam cenę i kieruję się do wyjścia. Po chwili sprzedawca rzuca się rejtanowsko pod nogi i błaga żebym chociaż nieco podniósł cenę tak aby on nie stracił twarzy. Jak już wspominałem, ceny nienegocjowalne prawie nie występują. Przez miesiąc uparcie poszukiwałem miejsca ze sztywną ceną, gdzie nie mogę się targować. W poprzednim poście pisałem już, że można, a nawet należy targować się z taksówkarzem. No to może cena pokoju w hotelu? Sprawdziliśmy to z Sarą w Nagarkot. Hotelarz pokazał nam przyzwoity pokoik z pięknym widokiem na Himalaje. Zapytałem: ile? Tylko 850 rupii. Skrzywiliśmy się z Sarą i powiedzieliśmy, że jesteśmy tylko studentami i spróbujemy poszukać czegoś tańszego. Hotelarz widząc, że zbieramy się do wyjścia zawołał: No dobra, ile chcecie zapłacić? Powiedzieliśmy, że jesteśmy przygotowani na 500 i ani rupii więcej i... tyle właśnie zapłaciliśmy. W zeszłym tygodniu musiałem kupić bilet lotniczy do Delhi. Poszedłem do biura indyjskich lini Jet Airways z nadzieją, że może chociaż tam nie będę musiał się targować. Spytałem: ile za powrotny z Katmandu do Delhi? Facet zza biurka wstukał coś szybko w klawiaturę i rzucił: 250 dolców bez podatku. Na to ja mruknąłem tylko pod nosem "za drogo" i zabrałem się do wyjścia, ale mój znajomy zareagował szybko: czekaj, zobaczę co się da zrobić. Stukał w klawiaturę 10 minut, wykonał dwa telefony po czym splunął dwa razy przez okno i powiedział: 220 dolarów amerykańskich. Best price, nie dostaniesz lepszej. Ja na to, że byłem gotów wydać góra 150. Eeeehhhh poczekaj moment. Wypił dwie kawy, stukał w klawiaturę następne 10 minut, chrząknął głośno i próbował splunąć przez okno ale nie trafił. Przyjdź w poniedziałek, może da się coś załatwić. Następnego dnia świat obiegła informacja o zamachach w Indii w których celem terrorystów byli turyści. Gdy wróciłem w poniedziałek do biura Jet Airways mój znajomy miał już dla mnie gotową cenę 175 dolarów i "ani centa mniej". Nie wiem jaki wpływ na taką obniżkę miały zamachy w Indiach, a jaki moje zdolności negocjacyjne, ale to nawet nie jest ważne. Ważne jest to, że nauczyłem się, że nigdy nie zaszkodzi powiedzieć "za drogo", nawet gdy wszystko wskazuje na to, że cena jest sztywna.
poniedziałek, 01 grudnia 2008
Trudno określić jak duża jest stolica Nepalu. Wychodząc z miasta nie da się zauważyć gdzie sięgają jego granice administracyjne (o ile coś takiego w ogóle istnieje) a urbanistyka przedmieść Katmandu płynnie zlewa się z pobliskimi wioskami. Zajrzyjmy na mapę googla: http://maps.google.pl/maps?hl=pl&q=katmandu&lr=&um=1&ie=UTF-8&sa=X&oi=geocode_result&resnum=1&ct=title TAXI Turystom przeżywającym inicjację z tutejszym światem na dzień dobry pozostaje taksówka. To najprostszy sposób - w mieście są tysiące charakterystycznych białych (rzadziej czerwonych) kompaktowych Maruti 800 (indyjska marka na licencji Suzuki). Jeśli zobaczysz taki pojazd gdzieś na drodze, możesz śmiało machać łapą, bo to na 100 % taksówka. Auta są wyposażone w taksometry, które przeważnie działają. Jeśli taksiarz jest uczciwy (a przeważnie jest) i pojedzie normalną trasą, to kosztować to będzie grosze. Za trzykilometrową trasę z Maharajgunj do Thamel płacę według taksometru ok. 150 rupii. Jeśli jednak taryfiarzowi zachce się zrobić nam wycieczkę po Katmandu, może wynieść to nawet dwa razy więcej. Dlatego jeśli poznamy lepiej miasto, można bez problemu dogadać się o cenę. Tutaj mamy przewagę ze względu na zdecydowaną dominację podażu nad popytem. Jeśli taksiarz nie chce zgodzić się na naszą cenę, mówimy goodbye i za dwie sekundy można spróbować z następnym. Postoje taksówek to dla turysty raj. Najlepiej podejść do jednego i krzyknąć głośno miejsce i swoją cenę (bandycko zaniżoną oczywiście). Nasz taksiarz na bandycką cenę się nie zgodzi i będzie próbował się targować, ale za chwilę będziemy mieli przed sobą dwudziestu innych, którzy przypadkiem usłyszeli naszą ofertę cenową i są gotowi z niej skorzystać. BUS Podróż taksówką kosztuje grosze, ale gdybym miał wszędzie jeździć taryfą, uzbierałaby się pewnie niezła sumka. Po zapoznaniu się z topografią miasta można spróbować przejażdżki autobusem, ale to już trudniejsza sprawa. Busy nie mają numerów ani tabliczek wskazujących trasę, nie ma też rozkładów jazdy. Trasy nie mają przystanków, bus zatrzymuje się po prostu w miejscach gdzie jest większy tłum ludzi. Personel busu stanowią dwie osoby - kierowca i naganiacz-kanar-sprzedawca biletów. Wygląda to tak, że bus podjeżdża na jakieś skrzyżowanie, ze środka wybiega naganiacz i drze się na całą mordę wykrzykując nazwy dzielnic przez które autobus przejeżdża. Cena biletu - najczęściej ryczałt 15 rupii bez względu na to gdzie jedziemy. To zdecydowanie taniej niż podróż taksówką, ale za to komfortu w nepalskim busie raczej nie doświadczymy. Na pytanie "ile osób zmieści się w busie" należy odpowiedzieć: "zawsze jeszcze jedna więcej". Z większych przystanków bus nie odjeżdża dopóki nie jest wypełniony do absolutnych granic, czasem z ludźmi na dachu i w otwartym bagażniku. Jak już wspominałem, Nepalczyk nie ma wyostrzonej sfery prywatności, więc to nic wielkiego jeśli usiądzie ci na kolanie czy wbije łokieć w żebro. RIKSZA W Katmandu riksze nie są zmotoryzowane, tak jak w Delhi. W Delhi rikszą był mały motocykl z wbudowanym tylnim siedzeniem i zadaszeniem. Tutaj to po prostu rower z większym bagażnikiem i daszkiem. Podróż jest tania, ale nie należy oczekiwać, że rikszarz zabierze nas na drugi koniec miasta. Widziałem ich tylko w okolicach Thamel. Rikszarze potrafią być nieprawdopodobnie upierdliwi ścigając cię przez całą ulicę dopytując gdzie idziesz i czy czasem nie potrzebujesz skorzystać z ich usługi. PIESZO Spacery w Katmandu nie są tak ekstremalnym sportem jak w Delhi (o czym pisałem w swojej notce z 4 listopada). W Katmandu nie ma wielopasmowych jezdni ani gigantycznych rond. Najszersza droga - obwodnica - przypomina szerokością trasę z Płocka do Warszawy, ale znacznie ustępuje jej jakością (nie sądziłem, że kiedykolwiek polskie drogi wypadną pozytywnie na jakimkolwiek tle). Przechodzenie przez jezdnię nie sprawia więc większych trudności, a kierowcy zdają się mieć więcej ludzkich odruchów niż Hindusi. Zdarza się im nawet zahamować gdy zobaczą cię przed maską. Mimo tego, nie należy popadać w zbytnią euforię i zachowywać się na drodze jak święte nepalskie krowy. Piesi cały czas pozbawieni są jakichkolwiek praw. Bez względu na to czy znajdują się na jezdni, na chodniku, na zebrze czy nawet na zielonym świetle, muszą ustąpić miejsca pojazdowi. Jakiś czas temu gdy serfowałem po internecie trafiłem na nonsensopedii na artykuł o tak zwanej radzieckiej inwersji: http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Radziecka_inwersja |