|
Blog > Komentarze do wpisu
Transport w KatmanduTrudno określić jak duża jest stolica Nepalu. Wychodząc z miasta nie da się zauważyć gdzie sięgają jego granice administracyjne (o ile coś takiego w ogóle istnieje) a urbanistyka przedmieść Katmandu płynnie zlewa się z pobliskimi wioskami. Zajrzyjmy na mapę googla: http://maps.google.pl/maps?hl=pl&q=katmandu&lr=&um=1&ie=UTF-8&sa=X&oi=geocode_result&resnum=1&ct=title TAXI Turystom przeżywającym inicjację z tutejszym światem na dzień dobry pozostaje taksówka. To najprostszy sposób - w mieście są tysiące charakterystycznych białych (rzadziej czerwonych) kompaktowych Maruti 800 (indyjska marka na licencji Suzuki). Jeśli zobaczysz taki pojazd gdzieś na drodze, możesz śmiało machać łapą, bo to na 100 % taksówka. Auta są wyposażone w taksometry, które przeważnie działają. Jeśli taksiarz jest uczciwy (a przeważnie jest) i pojedzie normalną trasą, to kosztować to będzie grosze. Za trzykilometrową trasę z Maharajgunj do Thamel płacę według taksometru ok. 150 rupii. Jeśli jednak taryfiarzowi zachce się zrobić nam wycieczkę po Katmandu, może wynieść to nawet dwa razy więcej. Dlatego jeśli poznamy lepiej miasto, można bez problemu dogadać się o cenę. Tutaj mamy przewagę ze względu na zdecydowaną dominację podażu nad popytem. Jeśli taksiarz nie chce zgodzić się na naszą cenę, mówimy goodbye i za dwie sekundy można spróbować z następnym. Postoje taksówek to dla turysty raj. Najlepiej podejść do jednego i krzyknąć głośno miejsce i swoją cenę (bandycko zaniżoną oczywiście). Nasz taksiarz na bandycką cenę się nie zgodzi i będzie próbował się targować, ale za chwilę będziemy mieli przed sobą dwudziestu innych, którzy przypadkiem usłyszeli naszą ofertę cenową i są gotowi z niej skorzystać. BUS Podróż taksówką kosztuje grosze, ale gdybym miał wszędzie jeździć taryfą, uzbierałaby się pewnie niezła sumka. Po zapoznaniu się z topografią miasta można spróbować przejażdżki autobusem, ale to już trudniejsza sprawa. Busy nie mają numerów ani tabliczek wskazujących trasę, nie ma też rozkładów jazdy. Trasy nie mają przystanków, bus zatrzymuje się po prostu w miejscach gdzie jest większy tłum ludzi. Personel busu stanowią dwie osoby - kierowca i naganiacz-kanar-sprzedawca biletów. Wygląda to tak, że bus podjeżdża na jakieś skrzyżowanie, ze środka wybiega naganiacz i drze się na całą mordę wykrzykując nazwy dzielnic przez które autobus przejeżdża. Cena biletu - najczęściej ryczałt 15 rupii bez względu na to gdzie jedziemy. To zdecydowanie taniej niż podróż taksówką, ale za to komfortu w nepalskim busie raczej nie doświadczymy. Na pytanie "ile osób zmieści się w busie" należy odpowiedzieć: "zawsze jeszcze jedna więcej". Z większych przystanków bus nie odjeżdża dopóki nie jest wypełniony do absolutnych granic, czasem z ludźmi na dachu i w otwartym bagażniku. Jak już wspominałem, Nepalczyk nie ma wyostrzonej sfery prywatności, więc to nic wielkiego jeśli usiądzie ci na kolanie czy wbije łokieć w żebro. RIKSZA W Katmandu riksze nie są zmotoryzowane, tak jak w Delhi. W Delhi rikszą był mały motocykl z wbudowanym tylnim siedzeniem i zadaszeniem. Tutaj to po prostu rower z większym bagażnikiem i daszkiem. Podróż jest tania, ale nie należy oczekiwać, że rikszarz zabierze nas na drugi koniec miasta. Widziałem ich tylko w okolicach Thamel. Rikszarze potrafią być nieprawdopodobnie upierdliwi ścigając cię przez całą ulicę dopytując gdzie idziesz i czy czasem nie potrzebujesz skorzystać z ich usługi. PIESZO Spacery w Katmandu nie są tak ekstremalnym sportem jak w Delhi (o czym pisałem w swojej notce z 4 listopada). W Katmandu nie ma wielopasmowych jezdni ani gigantycznych rond. Najszersza droga - obwodnica - przypomina szerokością trasę z Płocka do Warszawy, ale znacznie ustępuje jej jakością (nie sądziłem, że kiedykolwiek polskie drogi wypadną pozytywnie na jakimkolwiek tle). Przechodzenie przez jezdnię nie sprawia więc większych trudności, a kierowcy zdają się mieć więcej ludzkich odruchów niż Hindusi. Zdarza się im nawet zahamować gdy zobaczą cię przed maską. Mimo tego, nie należy popadać w zbytnią euforię i zachowywać się na drodze jak święte nepalskie krowy. Piesi cały czas pozbawieni są jakichkolwiek praw. Bez względu na to czy znajdują się na jezdni, na chodniku, na zebrze czy nawet na zielonym świetle, muszą ustąpić miejsca pojazdowi. Jakiś czas temu gdy serfowałem po internecie trafiłem na nonsensopedii na artykuł o tak zwanej radzieckiej inwersji: http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Radziecka_inwersja poniedziałek, 01 grudnia 2008, benet861021
Komentarze
cosmo1
2008/12/01 21:08:10
Może nie uwierzysz, ale patrzę na to "przejście na zielonym" i przypomniał mi się... Rzym. Tak, tak, na Piazza Venezia sunące wespy prawie pozbawiłyby życia mojej rodzicielki. Cóż, podróże kształcą :)
2008/12/01 22:49:05
He! He! He!
Zabrakło o . . . rowerze, ale na moje sam nie próbuj! Jak dobrze kojarzę, gdzieś tak od Twojej V klasy, to Ty lubiłeś piesze wędrówki ze szkoły do domu . . . więc niejako powrót do przeszłości :-) Spojrzałem na fotę z autobusu, to tegoroczny pobyt z nomen omen III B i to gdzie!! . . . w Piwnicznej mi sie przypomniał! Czytając, czekałem gdzie znajdę Twój wist nawiązujący do "lokalnego" przewoźnika;-)) Pozdrawiam,! Powodzenia!!Trzymaj się!!! 2008/12/02 03:25:00
Rycho - kusilo mnie zeby nawiazac do codziennych wojazy z Matbudem ale jest sporo osob odwiedzajacych moj blog ktore nie mialy tego szczescia i nie poznaly smaku podrozowania z Kucharczyk Travel wiec pewnie nie zalapalyby aluzji
2008/12/02 22:50:27
Adasiu... blagam Cie... przestan powtarzac tekst o ipodzie! gleboko wierze ze Twoje towarzyszki plci lepszej skoro zdecydowaly sie przyjechac do Nepalu i pracowac w sierocincu maja powazniejsze problemy niz poziom baterii w ipodzie:P
buziak. 2008/12/03 21:44:44
Dobra Kermit! To mnie teraz wkurzyles :) Taka wyprawa i taki blog a ty ani slowa. Eh, a widzac to zdjecie Everestu moglem sie dopytac, w sumie moja wina, ze sie nie dopytalem ;)
Ale nic to, juz nadrabiam czytanie i badz pewien, ze bede tu na biezaco... mozesz winic za to Incognitro, ktora Cie wydala ;) |
|